"Piwo, wszechświat i cała reszta" to strona poświęcona, nie zgadniecie, głównie piwu, ale nie tylko, bo przecież wszechświat nie składa się z samego li tylko piwka, że już o tym z czego składa się cała reszta pozwolę sobie nie wspomnieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrocław. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 stycznia 2015
niedziela, 4 stycznia 2015
środa, 26 czerwca 2013
Alive – czyli zaczerpnij życia ze słoika
Jedną z głównych ostoi barowego
życia we Wrocławiu jest nasyp kolejowy wzdłuż ulic Kolejowej i
Bogusławskiego. Można pod nim znaleźć liczne i różnorodne
lokale serwujące piwo: począwszy od typowych mordowni, poprzez
kluby sportowe, aż po centra muzyki granej na żywo. W tej ostatniej
kategorii prym wiedzie - usadowiony na niemal samym końcu nasypu,
tuż przy znanym na świat cały targowisku Zielińskiego – Alive.
W ciepłych porach roku, na chodniku
przed lokalem rozstawiany jest otoczony płotkiem ogródek z
parasolami, rozciągający się na dwie typowe podnasypowe parcele.
Widoki może nie są zachwycające, ale nie są też najgorsze, w
końcu stary parkan targu i stojąca od lat katastrofa budowlana to
kawałek historii naszego pięknego miasta. W sezonie zimowym nie ma
ogródka, za to często, w tylnej sali lokalu, można posłuchać
muzyki granej na żywo przez mniej lub bardziej znane zespoły, w
większości wywodzące się z lokalnej sceny muzycznej. W lecie
także zdarza się koncert, tyle że z mniejszą częstotliwością.
Głównym problemem Alive jest niewielki rozmiar sali ze sceną, w
wyniku tego rodzina i znajomi wykonawcy błyskawicznie zapełniają
przestrzeń przeznaczoną dla publiczności. Krótko mówiąc –
ciężko jest się wcisnąć. Zwykle znajdzie się miejsce w sali
przy barze, gdzie nie słychać dobrze muzyki, ale za to ma się
blisko do piwnego źródełka.
Skoro o tym już mowa, zerknijmy, co
też możemy nabyć do picia w lokalu. Przede wszystkim mamy
względnie standardową ofertę piw czeskich i kilka polskich
koncernowych. Nie będziemy się w to zagłębiać, nic szczególnego
i ciekawego. Co jest szczególne i ciekawe to lokalne piwko, dostępne
tylko w tym miejscu i ochrzczone na jego cześć jako „Piwo Alive”.
Typowe jasne piwo w smaku nie odstające specjalnie od rynkowej
średniej, z lekką nutką goryczy i ociupinką kwaskowatości,
nieszczególnie gazowane (kilka dodatkowych bąbelków dodało by my
uroku). Co wynosi je ponad przeciętność to sposób podawania:
serwowane jest mianowicie w słoiku, takim w jakim zwykle spodziewali
byśmy się ogórków, marynowanych grzybków, dżemu, ewentualnie
obiadu dla przyjezdnego warszawiaka. Nie da się ukryć, że ma to
szczególny urok, daje poczucie powrotu do dawnych, prostszych czasów
gdy piwo piło się z tego co akurat było pod ręką. Zamiast
zupełnie standardowych kufli mamy tutaj drobną odmianę, przyjemną
i ciekawą, choć bez wpływu na walory smakowe.
Jeżeli kiedyś będziecie w okolicach
nasypu kolejowego i będziecie zastanawiać się do której knajpki
wstąpić, rozważcie poważnie Alive. Szczególnie w czasie zimowym,
gdy możecie mieć niemalże pewność, że traficie na ciekawy
koncert. Nie zapominajcie o nim jednak również w czasie letnich
upałów, gdyż tu właśnie znajdziecie jeden z najobszerniejszych
ogródków piwnych, w raczej ciasnym i zatłoczonym, rejonie.
czwartek, 6 czerwca 2013
Na brzegu rzeki błota usiadłem i piwo piłem
Żartuje. Nie było szans na zajęcie
miejsca siedzącego. Dwakroć żartuje. Nie było rzeki, było
jezioro, morze, ocean błota. Staje się smutną tradycją, że jedna
z najciekawszych imprez plenerowych w naszym mieście, trafia na
wielce niefortunną pogodę. W ubiegłym roku zimno było trudne do
wytrzymania, w tym roku deszcz i miękka nawierzchnia utworzyły
grząski tor przeszkód. Nie powstrzymało to jednak prawdziwych
koneserów, od wzięcia udziału w „Festiwalu dobrego piwa” na
gruntach pałacu w Leśnicy.
Zwyczajowo głównym elementem festynu
były liczne stoiska piwne małych i średnich browarów. Przybyły
z różnych zakątków Polski, a także w niemałej liczbie z Czech,
co również jest festiwalową tradycją. Zapewne znaleźli się tacy
pośród widzów, którzy spróbowali skosztować każdego z
serwowanych trunków, spotkać ich można było później leżących
na trawce i nie przejmujących się przyziemnymi sprawami. Osiągnęli
absolut. Nie miałem podobnych ambicji, głównie ze względu na
zdrowy rozsądek, a także z przyczyn atmosferycznych. Początkowo
myślałem tylko o tym, jak przetrwać nie utonąwszy, później
kombinowałem jakie piwo zakupić, przedarłszy się bohatersko przez
błotne ślizgawki, jeszcze później rozglądałem się za
schronieniem przed deszczem dla ulżenia dzierżonemu w dłoni
parasolowi, po kolejnymi piwie rozważałem, czy do toalety lepiej
będzie brodzić czy popłynąć. Wreszcie moja uwaga skoncentrowała
się na tym, jak wydostać się z terenu festiwalu, nie zniszczywszy
do ostateczności obuwia.
Nie chce jednak narzekać. Koniec
końców to impreza z najszczytniejszym zamiarem, pomysł genialny,
który powinien być wspierany i kontynuowany. Dlatego nie będę
więcej marudził. W zamian skieruje myśli moje ku meritum: co udało
mi się wypić i czy warto było? Pierwsze piwko, które sączyłem
na trawce pod parasolką, z widokiem na panie oprowadzające kucyki,
to niepasteryzowany lager z Brackiego Browaru Zamkowego. Byłem
zadowolony, smak charakteryzował się intensywną goryczą bez
przesadnej słodkości. Jedyne co można mu zarzucić, to szybkie
wypełnianie, ciężko było by wypić większą ilość tego trunku.
Drugim nabytkiem był znany i niekoniecznie lubiany „Złoty Lew”
(tudzież „Złote Lwy”). Tu nie ma co się rozpisywać, produkt
popularny – typowy pills bez specjalnego polotu. Następnie, jako
dodatek do koncertu, posłużył czeski pills z browaru Krakonos.
Dobre, rzetelne czeskie piwo. W międzyczasie miałem też okazje
skosztować pewnego belgijskiego specjału. Draństwo drogie było
jak ogon diabła, ale z drugiej strony smaczne jak anielskie łzy
(moje umiejętności w sztuce tworzenia metafor rosną nieustannie).
To właściwie zamyka doświadczenia z browarkami na jarmarku,
wypiłem jeszcze coś polskiego wychodząc, ale niestety nie
pamiętam dokładnie co to było, stoisko znajdowało się tuż za
mostkiem po lewej. Patrząc na mapę terenu festiwalowego, można
mniemać, że był to browar Fortuna.
Tak oto zmokłem, oblepiłem się
błotem i spoiłem piwem na tegorocznym „Festiwalu”. Mam
nadzieje, że za rok czy dwa, większe połacie terenu będą
wyłożone kostką brukową i nie będą rozmakać w zwodnicze
grzęzawiska. Osobiście nie ucierpiałem specjalnie, musiałem tylko
godzinkę poświęcić na czyszczenie butów. Niektórzy jednak, nie
tak szczęśliwi, co poślizgnęli się i wyłożyli w błoto, mieli
zdecydowanie gorzej. Na szczęście zawsze pobliskie stoisko
serwowało darmowo delikwentowi jedno z pianką na osłodę (tudzież
ogoryczkowanie). Miejmy nadzieje, że w przyszłości pogoda bardziej
dopiszę. Jeśli nie, to organizatorzy powinni rozważyć
przeniesienie imprezy na, zwykle pogodniejszy, czerwiec lub marzec.
Etykiety:
belgijskie,
błoto,
brackie,
festiwal,
festiwal dobrego piwa,
fortuna,
krakonos,
leśnica,
piwo,
wrocław
Lokalizacja:
Wrocław Leśnica
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
