Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2015

Refleksje #2: "Zimowy monarcha"

Ostatnimi czasy nie mam wielkiego przerobu książek, można by wręcz powiedzieć, że poziom mego czytelnictwa spadł w okolice średniej krajowej. Jako część planu odnowy, zabrałem się za lekturę kilku lżejszych pozycji, czegoś co pozwoli poprawić statystyki w krótszym okresie czasu niż klasyczne "cegły".

"Zimowy monarcha przyjemnie wpisał się w tą tendencje, jedna z wielu opowieści arturiańskich, bez ambicji na wielkie pisanie ale i bez zacięcia grafomańskiego. Mityczny Artur jest tu jednym z wodzów brytów, złapanych w sidła świata po upadku Rzymu: między pogańskimi wierzeniami przodków a maszerującym naprzód chrześcijaństwem, i wreszcie, między wewnętrznymi utarczkami brytyjskich królestwa a żądnymi ziemi i łupów Saksonami.

Lekka i przyjemna lektura, nie powala na kolana i nie odrzuca zarazem. Jeśli tak jak ja nie możesz ostatnio znaleźć dość czasu i skupienia na lekturę z wyższej półki, sięgnij po powieść Cornwella, da
Ci odrobinę wytchnienia.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kto sieje wiatr ten zbiera burzę - „Siewca wiatru”

Ostatnimi czasy podjąłem tytaniczny wysiłek powiększenia mojej wiedzy o polskiej literaturze fantasy. Dotychczas kontakt z nią miałem dość ubogi i, z wyjątkiem Sapkowskiego, raczej odstręczający. Podążając za tą myślą, podczas wizyty w bibliotece sięgnąłem po pierwszą z brzegu pozycję o przyciągającym tytule. Obejrzałem okładkę i stwierdziłem, że wygląda nie najgorzej, co jest zwykle podstawą mego osądu książki. Tak w moim posiadaniu znalazł się „Siewca wiatru” Kossakowskiej.
 
Nad tekstami umieszczonymi na okładce nie będę się rozwodził - mam nadzieje, że już wszyscy z was nauczyli się je spokojnie ignorować i nie przydawać im najmniejszej nawet wartości - przejdę prosto do fabuły. Historia rozpoczyna się od niesprawiedliwej egzekucji i wskrzeszenia przez Boga jednego z „aniołów miecza” IMIE, który w efekcie staje się Abadonem, Aniołem Zniszczenia. Następnie fabuła przeskakuje tysiąclecia naprzód. Gdzieś w międzyczasie archaniołowie obalili dotychczasowych władców niebios, wkrótce potem Jasność opuściła niebiosa. Dziś nowi możni, opuszczeni przez swego Boga, muszą stawić czoła zagrożeniu jakim jest zapowiedziany powrót Siewcy Wiatru, manifestacji antyBoga. Podstępne knowania, skrytobójstwo i zdrada rozdzierają anielskie szeregi. Krew miesza się z wyrywanymi ze skrzydeł piórami, aż wszystko znajduje swoją kulminację w walnej bitwie z Ciemnością, uwieńczonej, dzięki Bogu, triumfem dobra.

Wielu z was zapewne pomyślało sobie: fantastycznie, brzmi jak odlotowa książka akcji. Wojny aniołów w niebie? Nie może być nic lepszego! Otóż błąd. Jest wiele lepszych rzeczy, wiele ciekawszych historii. Po prawdzie sam fabuła jest nawet wciągająca i powieść czyta się gładko, bez specjalnych zgrzytów i bez szczególnych przemyśleń. Problem pojawia się, gdy próbujemy przez chwilę zastanowić się, o czym my tu właściwie czytamy. Książka jest ponoć o aniołach i demonach, ale czy aby na pewno? Otóż wic polega na tym, że absolutnie nie: to książka o takich samych ludziach, którym tylko dla niepoznaki doprawiono skrzydła. Nie ma nic anielskiego w bohaterach powieści, nic szczególnego, nic nadludzkiego. Piją, palą, swawolą – nie są idealni, nie są wyjątkowi. Śmiertelnicy w powieści właściwie się nie pojawiają, brak więc nawet specjalnego kontrastu między potęgą zastępów a marnością człowieka.

Pomimo lekkości w czytaniu, „Siewca wiatru” jako powieść nie ma wielkiego sensu. Jeżeli pani Kossakowska czuła potrzebę napisania historii pałacowych intryg, to dlaczego ubrała postacie tego małego dramatu w anielskie szatki? Ten zabieg nie pełni żadnej roli w powieści, nie ma znaczenia. Dlaczegóż więc? Ktoś kiedyś napisał, że powieść fantazy powinna mieć sens, nawet gdy obierze się ją ze wszelkich elementów fantastycznych. Ja bym powiedział raczej, że nie ma sensu powieść fantastyczna, w której elementy bajkowe stanowią tylko dekoracje i nie pełnią żadnej roli. Pomimo tego, że fantazja dobrze się sprzedaje w dzisiejszych czasach, apeluje do autorów: nie popełniajcie błędu Kossakowskiej i nie ubierajcie na siłę swoich historii w elementy mistyczne, tylko po to by zdobyć garść dolarów więcej.

poniedziałek, 13 maja 2013

Szczekając na szlaku karawany

Waldemar Łysiak „Karawan(a) literatury”

 
Są w Polsce pisarze, o których jest głośno; są w Polsce pisarze, których głośno się krytykuje; są też w Polsce pisarze, o których zwykle się nie wspomina. Do tej ostatniej grupy zalicza się Waldemar Łysiak, twórca legendarny, jeden z poczytniejszych pisarzy polskich ostatnich kilkudziesięciu lat. Nie da się jednak ukryć, że jest także literatem kontrowersyjnym: tak jak liczne jest grono jego zwolenników, tak liczna jest grupa jego oponentów. Ci ostatni niekoniecznie określają go mianem grafomana, bo takiej bzdury nie byli by w stanie sprzedać, ale raczej próbujących sprowadzić go do utalentowanego oszołoma. Najchętniej jednak w ogóle nie wspominali by o jego istnieniu, czytają po kątach, z wypiekami na twarzy, jego najnowsze powieści, w masochistycznym uniesieniu dając się smagać ciętym słowem.

 
Łysiak w „Karawanie literatury” po raz kolejny silnie uderza w Salon - koterie wzajemnej adoracji przepojoną duchem lewicowego liberalizmu. Wprawdzie wielokrotnie na kartach powieści zaznacza, że on właściwie tylko cytuje, to co można bez trudu znaleźć w pismach literackich, opracowaniach polemicznych i temu podobnych, stawia się w położeniu reportera, który nie zajmuje się ocenianiem umiejętności kolegów/wrogów po piórze. Nie zawsze wychodzi, niestety, czy raczej: na szczęście, inaczej cała publikacja była by dość sucha. Sam dobór cytatów nie jest pozbawiony stronniczość, prze ca nie chodzi o zimny reportaż, chodzi o kolejny element walki ze zgniłą koterią, z bagienkiem polskiej postmodernistycznej sztuki, o kolejny element politycznej walki Łysiaka przeciwko michnikowszczyźnie. Chwała mu za to, zawsze dobrze jest widzieć bratnią duszę, walczącą przeciwko akolitom Gazety Wybiórczej.

 
Powieść ta, jeśli można ją nazwać powieścią, ale jak inaczej? Reportażem? Recenzją? Kompendium? W każdym razie, powieść ta ma luźną formę, jest czymś na kształt rozbudowanego felietonu w łysiakowym stylu. Kolejne rozdziały atakują w dość dowolny sposób poszczególne aspekty literacko-kulturalnego życia naszej Ojczyzny, i nie tylko jej, bo walka z układem/salonem nie jest zjawiskiem wyjątkowym dla Polski, przy czym są nimi zarówno zjawiska, przykładowo nagrody literackie, jak i motywy treściowe, przykładowo epatowanie seksem. Autor próbuje dystansować się od oceniania kogokolwiek, nie sposób jednak strząsnąć z siebie wrażenia, iż te zabiegi są raczej maskowaną ironią: konkretne i miażdżące jest zdanie Pana Waldemara o jego kolegach po piórze i jedynie powierzchownie skrywa się pod płaszczykiem opinii innych. Książkę przepełnia charakterystyczny dla Łysiaka mocny humor, skierowanego przeciwko nieprawomyślnym. Rzecz, czy humor taki można zaakceptować, jest nie tylko kwestią gustu, ale i poglądów politycznych. Pewnym jest, że miłośnicy Michnika i P-owce nie będą zachwyceni lekturą i nie przyjdzie im się tak serdecznie pośmiać jak reszcie z nas.

 
Brzmi wybornie, w sam raz jak lek na frustracje prawicy na lewicowo-liberalną rzeczywistość i w znacznym stopniu rolę taką spełnia, jednak nie wszystko jest tak różowe. Otóż Pan Autor, poza tym, że jest antysalonowcem, jest wielkim zwolennikiem pewnego mordercy, terrorysty i rabusia pociągów, dlatego obok walki z Salonem, która, proszę mnie źle nie zrozumieć, dominuje treść, poświęca tu jedno, tu dwa zdania na wbijanie szpil mojej części antysalonu, czyli popłuczynom po Narodowej Demokracji. Nie ma nic w tym zdrożnego, w końcu ta walka trwa od z górą stu lat, a wtykanie literackich szpil to atak zdecydowanie mniejszego kalibru niż morderstwo czy więzienie, także postęp cywilizacyjny na tym froncie łatwo dostrzec. Nie obrażamy się, ale i krytyki do wiadomości nie przyjmujemy, czyli wszystko zostaje po staremu. 

 
Pewnej postaci Autor poświęca szczególne miejsce na łamach swojej powieści, chodzi o Rafała Ziemkiewicza. Ten biedny duch, antysalonowiec, zawieszony gdzieś pomiędzy zwolennikami wolnej Polski, a sektą podwawelskiego wąsacza, miotał się już od lat, migrując w kierunku Narodowej Demokracji. To trud próżny, w czym zdają się zgadzać Łysiak i Ndecy, a czemu ten pierwszy poświęca cały rozdział książki. Ciężko stwierdzić, co bardziej tu Panu Waldemarowi przyświeca: czy rozprawa z dawnym wielbicielem, który ośmielił się przestać o swoim mistrzu wspominać, czy też nakręcenie walki politycznej i mimochodem wybielenie patrona sanacji. Wrażenie po szczegółowej lekturze takie jest, że o zwykłą prywatę tu chodzi i leczenie własnych, zranionych uczuć (inaczej mówiąc: głaskanie ego). Gdzieś tam ból w sercu pozostał Łysiakowi, że jeden z jego młodych padawanów zboczył ze ścieżki uwielbienia i zaczął myśleć po swojemu. To że padawan ten zapędził się na intelektualną pustynie w swym wolno myślicielstwie to już historia osobna.

 
Rozdział poświęcony Ziemkiewiczowi jest dobrym podsumowaniem ducha i przekazu „Karawany...”: rozprawa z tymi, których mamy za nieprawomyślnych. Rozprawa najchętniej nie własnymi słowami, ale jednak tak, by jasnym było kogo wynosimy a kogo potępiamy. Wielu z was spojrzy na to zdanie i stwierdzi: tanga ciąg dalszy: Łysiak krytykował, teraz krytykują Łysiaka. Nic bardziej odległego od prawdy! Ta książka to wyśmienita pozycja: dobrze przemyślana, zabawna i cięta jak żyletka. To Łysiak w szczycie formy i pełnej krasie. To lektura zdecydowanie warta polecenia. To celne podsumowanie stanu polskiej literatury i jej styku ze sceną polityczną.