niedziela, 4 stycznia 2015

Krasnal na dziś

Jeden z wrocławskich krasnali upolowany na wycieczce krajoznawczej:
Kto zgadnie w którym punkcie Wrocławia go znajdziemy?

sobota, 13 grudnia 2014

Refleksje #1: „Wichrowe wzgórza”

Nie jestem, nie byłem, acz kiedyś może będę, fanem romansów książkowych, nie mniej są romanse, które uzyskały na tyle solidną pozycję, że trafiły na listę lektur oczekujących. „Wichrowe wzgórza” to dobrze napisane, zajmujące przeżycie. Szekspirowskie połączenie miłości i nienawiści pozwala uniknąć mdłego charakteru, a sceneria wiktoriańskiej Anglii dodaje uroku, który, szczególnie dla mnie, ma wielką moc przyciągającą.
„Wichrowe wzgórza” nie uczyniły ze mnie wielbiciela romansów, ale utwierdziły moje przekonanie o jakości XIX wiecznej powieści.

piątek, 12 grudnia 2014

Lista lektur oczekujących v1.0


„Wojna i pokój” (w trakcie)
„Anna Karenina”
„W poszukiwaniu straconego czasu”
„Duma i uprzedzenie”
„Przygody Hucka”
„Martwe dusze”
„Czarodziejska góra”
„Biesy”
„Miłość w czasach zarazy”
„Zabić drozda”
„Przeminęło z wiatrem”
„Niewidzialny człowiek”
„Nowy wspaniały świat”
„Wielki Gatsby”
„David Copperfield”
„Rozważna i romantyczna”
„Opowieść o dwóch miastach”
„Targowisko próżności”

czwartek, 25 lipca 2013

Szeregowy żołnierz największej armii Ziemi


Kilka tygodni temu na rynku pojawiła się długo wyczekiwana, nowa płyta zespołu „Kult”. Jak zawsze w takich przypadkach fani mieli wielkie nadzieje, tym większe, iż od kilu już lat grupa zdawała się nie dorastać do swego wyśmienitego dziedzictwa. Spekulowano, iż Staszewski zestarzał się i zastał w swoich drogach, że jego życie stało się tak wygodnym i przyjemnym, że pozbawiło go materiału do pisania nowych ciętych tekstów. Podobnie można było by powiedzieć o stronie muzycznej, coś zacięło się w kiedyś świetnie działającej maszynie. Tym razem miało być inaczej, niemoc miała zostać przełamana. Czy tak się rzeczywiście stało? Wypada posłuchać i znaleźć odpowiedź na to pytanie.
 
Już początek płyty zapowiada jej dwoistość: wstępniak instrumentalny nastraja lirycznie, po to tylko by natychmiast przejść do mocnego, agresywnego muzycznie i tekstowo „Układu zamkniętego” - utworu, który powinien być już dobrze znany publiczności, jako że promował albumu i, nieco wcześniej, film o tym samym tytule. Ten podział na spokojne relaksujące dźwięki i na mocne granie w rockowym stylu definiuje zawartość. Z grubsza można by powiedzieć, że kilka początkowych piosenek zaliczymy do drugiej kategorii, podczas gdy końcówka płyty trafi do kategorii pierwszej. Kulminacja rockowości następuje w wyśmienitym, szczególnie tekstowo, „Prosto”:
„Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych
Idę prosto, do póki sam nie padnę
Idę prosto, to jest powód do troski
Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski”.

Na tym etapie da się dostrzec kolejną dwoistość: mieszają się ze sobą pieśni o wydźwięku krytycznym w stosunku do rzeczywistości nas otaczającej („Układ zamknięty”, „Prosto” etc.) z pozytywnymi w swym wydźwięku opisami spokoju i szczęścia w mikrokosmosie rodziny(„Dobrze być dziadkiem” etc.). To pomieszanie obejmuje całość albumu i nadaje mu szczególny, nietypowy dla Kultu ton.

Im dalej tym mniej mamy rockowości, więcej relaksujących, wyważonych muzycznie kawałków. Wydaje się, że zespół chciał za jednym zamachem zaspokoić potrzebę mocnego uderzenia, takiego które sprawdzi się na koncercie i delikatnej pieśni, która nada się na relaksujący wieczór przy piwku. Można kwestionować zasadność samego pomysłu, ale warto zauważyć, że cel został osiągnięty. Warto także wspomnieć, że druga część płyty zawiera kilka godnych uwagi perełek. Pierwszą która wpada w ucho, jest „Bomba na parlament”: ironiczne spojrzenie na machlojki służb próbujących się za wszelką cenę utrzymać swą pozycję, poprzez fabrykowanie zagrożeń. Dalej wesołe „Nie chce grać w reprezentacji”, dopełniające tradycji zamieszczania choć jednego utworu o piłce nożnej. Wielki urok w moich uszach uzyskała, nieco zaskakująco, „Modlitwa moja”. Można jej słuchać bez końca, spokojny, hipnotyczny refren porywa. Pod sam koniec trafiamy na utwór, który dał tytuł temu wpisowi: „Największa armia świata”, nietypowe podejście do tematu alkoholika funkcjonującego sprawnie w społeczeństwie, kogoś w kim wielu z nas mogło by dostrzec siebie, jeśli tylko zechciało by spojrzeć uczciwie w lustro:
„Jestem alkoholikiem, niemal doskonałym
Zaświadczę o tym fakcie swoim życiem prawie całym (…)
Jestem jaki jestem i tego się nie zmieni
Szeregowy żołnierz największej armii Ziemi, hej!”

Ogień jeszcze tli się w Kulcie, ci którzy wieścili upadek pośpieszyli się odrobinkę. Przyznam, że po kilku średnio udanych płytach miałem swoje wątpliwości, ale „Prosto” przywróciła mi nadzieję. Nie można wprawdzie powiedzieć, że jest tak pełna świetnych piosenek, jak twórczość „wieków średnich” (na ten przykład „Ostateczny krach...”), ale ma kilka mocnych elementów. Zaczynam przypuszczać, że wymagamy zbyt wiele, zespół wyewoluował przede wszystkim pod względem muzycznym i nie ma powrotu do brudnego, rockowego grania dawnych lat. Przynajmniej nie całkowicie. To co jest najjaśniejszym elementem nowej płyty to konstatacja, że Kazik wciąż ma w sobie kilka tekstów ciętych jak brzytwa, i to jest nadzieja na świetlaną przyszłość...

PS.: Wideoklipy Kultu znajdziecie na kanale YouTube SPRecords oraz na stronie zespołu, gdzie nie zabraknie też zapisów jednego czy dwóch koncertów:
Odwiedzajcie, oglądajcie i tak dalej... 
Drugi utwór promujący płytę, „Dobrze być dziadkiem”:

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kto sieje wiatr ten zbiera burzę - „Siewca wiatru”

Ostatnimi czasy podjąłem tytaniczny wysiłek powiększenia mojej wiedzy o polskiej literaturze fantasy. Dotychczas kontakt z nią miałem dość ubogi i, z wyjątkiem Sapkowskiego, raczej odstręczający. Podążając za tą myślą, podczas wizyty w bibliotece sięgnąłem po pierwszą z brzegu pozycję o przyciągającym tytule. Obejrzałem okładkę i stwierdziłem, że wygląda nie najgorzej, co jest zwykle podstawą mego osądu książki. Tak w moim posiadaniu znalazł się „Siewca wiatru” Kossakowskiej.
 
Nad tekstami umieszczonymi na okładce nie będę się rozwodził - mam nadzieje, że już wszyscy z was nauczyli się je spokojnie ignorować i nie przydawać im najmniejszej nawet wartości - przejdę prosto do fabuły. Historia rozpoczyna się od niesprawiedliwej egzekucji i wskrzeszenia przez Boga jednego z „aniołów miecza” IMIE, który w efekcie staje się Abadonem, Aniołem Zniszczenia. Następnie fabuła przeskakuje tysiąclecia naprzód. Gdzieś w międzyczasie archaniołowie obalili dotychczasowych władców niebios, wkrótce potem Jasność opuściła niebiosa. Dziś nowi możni, opuszczeni przez swego Boga, muszą stawić czoła zagrożeniu jakim jest zapowiedziany powrót Siewcy Wiatru, manifestacji antyBoga. Podstępne knowania, skrytobójstwo i zdrada rozdzierają anielskie szeregi. Krew miesza się z wyrywanymi ze skrzydeł piórami, aż wszystko znajduje swoją kulminację w walnej bitwie z Ciemnością, uwieńczonej, dzięki Bogu, triumfem dobra.

Wielu z was zapewne pomyślało sobie: fantastycznie, brzmi jak odlotowa książka akcji. Wojny aniołów w niebie? Nie może być nic lepszego! Otóż błąd. Jest wiele lepszych rzeczy, wiele ciekawszych historii. Po prawdzie sam fabuła jest nawet wciągająca i powieść czyta się gładko, bez specjalnych zgrzytów i bez szczególnych przemyśleń. Problem pojawia się, gdy próbujemy przez chwilę zastanowić się, o czym my tu właściwie czytamy. Książka jest ponoć o aniołach i demonach, ale czy aby na pewno? Otóż wic polega na tym, że absolutnie nie: to książka o takich samych ludziach, którym tylko dla niepoznaki doprawiono skrzydła. Nie ma nic anielskiego w bohaterach powieści, nic szczególnego, nic nadludzkiego. Piją, palą, swawolą – nie są idealni, nie są wyjątkowi. Śmiertelnicy w powieści właściwie się nie pojawiają, brak więc nawet specjalnego kontrastu między potęgą zastępów a marnością człowieka.

Pomimo lekkości w czytaniu, „Siewca wiatru” jako powieść nie ma wielkiego sensu. Jeżeli pani Kossakowska czuła potrzebę napisania historii pałacowych intryg, to dlaczego ubrała postacie tego małego dramatu w anielskie szatki? Ten zabieg nie pełni żadnej roli w powieści, nie ma znaczenia. Dlaczegóż więc? Ktoś kiedyś napisał, że powieść fantazy powinna mieć sens, nawet gdy obierze się ją ze wszelkich elementów fantastycznych. Ja bym powiedział raczej, że nie ma sensu powieść fantastyczna, w której elementy bajkowe stanowią tylko dekoracje i nie pełnią żadnej roli. Pomimo tego, że fantazja dobrze się sprzedaje w dzisiejszych czasach, apeluje do autorów: nie popełniajcie błędu Kossakowskiej i nie ubierajcie na siłę swoich historii w elementy mistyczne, tylko po to by zdobyć garść dolarów więcej.

środa, 26 czerwca 2013

Alive – czyli zaczerpnij życia ze słoika

Jedną z głównych ostoi barowego życia we Wrocławiu jest nasyp kolejowy wzdłuż ulic Kolejowej i Bogusławskiego. Można pod nim znaleźć liczne i różnorodne lokale serwujące piwo: począwszy od typowych mordowni, poprzez kluby sportowe, aż po centra muzyki granej na żywo. W tej ostatniej kategorii prym wiedzie - usadowiony na niemal samym końcu nasypu, tuż przy znanym na świat cały targowisku Zielińskiego – Alive.

W ciepłych porach roku, na chodniku przed lokalem rozstawiany jest otoczony płotkiem ogródek z parasolami, rozciągający się na dwie typowe podnasypowe parcele. Widoki może nie są zachwycające, ale nie są też najgorsze, w końcu stary parkan targu i stojąca od lat katastrofa budowlana to kawałek historii naszego pięknego miasta. W sezonie zimowym nie ma ogródka, za to często, w tylnej sali lokalu, można posłuchać muzyki granej na żywo przez mniej lub bardziej znane zespoły, w większości wywodzące się z lokalnej sceny muzycznej. W lecie także zdarza się koncert, tyle że z mniejszą częstotliwością. Głównym problemem Alive jest niewielki rozmiar sali ze sceną, w wyniku tego rodzina i znajomi wykonawcy błyskawicznie zapełniają przestrzeń przeznaczoną dla publiczności. Krótko mówiąc – ciężko jest się wcisnąć. Zwykle znajdzie się miejsce w sali przy barze, gdzie nie słychać dobrze muzyki, ale za to ma się blisko do piwnego źródełka.

Skoro o tym już mowa, zerknijmy, co też możemy nabyć do picia w lokalu. Przede wszystkim mamy względnie standardową ofertę piw czeskich i kilka polskich koncernowych. Nie będziemy się w to zagłębiać, nic szczególnego i ciekawego. Co jest szczególne i ciekawe to lokalne piwko, dostępne tylko w tym miejscu i ochrzczone na jego cześć jako „Piwo Alive”. Typowe jasne piwo w smaku nie odstające specjalnie od rynkowej średniej, z lekką nutką goryczy i ociupinką kwaskowatości, nieszczególnie gazowane (kilka dodatkowych bąbelków dodało by my uroku). Co wynosi je ponad przeciętność to sposób podawania: serwowane jest mianowicie w słoiku, takim w jakim zwykle spodziewali byśmy się ogórków, marynowanych grzybków, dżemu, ewentualnie obiadu dla przyjezdnego warszawiaka. Nie da się ukryć, że ma to szczególny urok, daje poczucie powrotu do dawnych, prostszych czasów gdy piwo piło się z tego co akurat było pod ręką. Zamiast zupełnie standardowych kufli mamy tutaj drobną odmianę, przyjemną i ciekawą, choć bez wpływu na walory smakowe.

Jeżeli kiedyś będziecie w okolicach nasypu kolejowego i będziecie zastanawiać się do której knajpki wstąpić, rozważcie poważnie Alive. Szczególnie w czasie zimowym, gdy możecie mieć niemalże pewność, że traficie na ciekawy koncert. Nie zapominajcie o nim jednak również w czasie letnich upałów, gdyż tu właśnie znajdziecie jeden z najobszerniejszych ogródków piwnych, w raczej ciasnym i zatłoczonym, rejonie.

czwartek, 6 czerwca 2013

Na brzegu rzeki błota usiadłem i piwo piłem

Żartuje. Nie było szans na zajęcie miejsca siedzącego. Dwakroć żartuje. Nie było rzeki, było jezioro, morze, ocean błota. Staje się smutną tradycją, że jedna z najciekawszych imprez plenerowych w naszym mieście, trafia na wielce niefortunną pogodę. W ubiegłym roku zimno było trudne do wytrzymania, w tym roku deszcz i miękka nawierzchnia utworzyły grząski tor przeszkód. Nie powstrzymało to jednak prawdziwych koneserów, od wzięcia udziału w „Festiwalu dobrego piwa” na gruntach pałacu w Leśnicy.
 
Zwyczajowo głównym elementem festynu były liczne stoiska piwne małych i średnich browarów. Przybyły z różnych zakątków Polski, a także w niemałej liczbie z Czech, co również jest festiwalową tradycją. Zapewne znaleźli się tacy pośród widzów, którzy spróbowali skosztować każdego z serwowanych trunków, spotkać ich można było później leżących na trawce i nie przejmujących się przyziemnymi sprawami. Osiągnęli absolut. Nie miałem podobnych ambicji, głównie ze względu na zdrowy rozsądek, a także z przyczyn atmosferycznych. Początkowo myślałem tylko o tym, jak przetrwać nie utonąwszy, później kombinowałem jakie piwo zakupić, przedarłszy się bohatersko przez błotne ślizgawki, jeszcze później rozglądałem się za schronieniem przed deszczem dla ulżenia dzierżonemu w dłoni parasolowi, po kolejnymi piwie rozważałem, czy do toalety lepiej będzie brodzić czy popłynąć. Wreszcie moja uwaga skoncentrowała się na tym, jak wydostać się z terenu festiwalu, nie zniszczywszy do ostateczności obuwia.
 
Nie chce jednak narzekać. Koniec końców to impreza z najszczytniejszym zamiarem, pomysł genialny, który powinien być wspierany i kontynuowany. Dlatego nie będę więcej marudził. W zamian skieruje myśli moje ku meritum: co udało mi się wypić i czy warto było? Pierwsze piwko, które sączyłem na trawce pod parasolką, z widokiem na panie oprowadzające kucyki, to niepasteryzowany lager z Brackiego Browaru Zamkowego. Byłem zadowolony, smak charakteryzował się intensywną goryczą bez przesadnej słodkości. Jedyne co można mu zarzucić, to szybkie wypełnianie, ciężko było by wypić większą ilość tego trunku. Drugim nabytkiem był znany i niekoniecznie lubiany „Złoty Lew” (tudzież „Złote Lwy”). Tu nie ma co się rozpisywać, produkt popularny – typowy pills bez specjalnego polotu. Następnie, jako dodatek do koncertu, posłużył czeski pills z browaru Krakonos. Dobre, rzetelne czeskie piwo. W międzyczasie miałem też okazje skosztować pewnego belgijskiego specjału. Draństwo drogie było jak ogon diabła, ale z drugiej strony smaczne jak anielskie łzy (moje umiejętności w sztuce tworzenia metafor rosną nieustannie). To właściwie zamyka doświadczenia z browarkami na jarmarku, wypiłem jeszcze coś polskiego wychodząc, ale niestety nie pamiętam dokładnie co to było, stoisko znajdowało się tuż za mostkiem po lewej. Patrząc na mapę terenu festiwalowego, można mniemać, że był to browar Fortuna.
 
Tak oto zmokłem, oblepiłem się błotem i spoiłem piwem na tegorocznym „Festiwalu”. Mam nadzieje, że za rok czy dwa, większe połacie terenu będą wyłożone kostką brukową i nie będą rozmakać w zwodnicze grzęzawiska. Osobiście nie ucierpiałem specjalnie, musiałem tylko godzinkę poświęcić na czyszczenie butów. Niektórzy jednak, nie tak szczęśliwi, co poślizgnęli się i wyłożyli w błoto, mieli zdecydowanie gorzej. Na szczęście zawsze pobliskie stoisko serwowało darmowo delikwentowi jedno z pianką na osłodę (tudzież ogoryczkowanie). Miejmy nadzieje, że w przyszłości pogoda bardziej dopiszę. Jeśli nie, to organizatorzy powinni rozważyć przeniesienie imprezy na, zwykle pogodniejszy, czerwiec lub marzec.