"Piwo, wszechświat i cała reszta" to strona poświęcona, nie zgadniecie, głównie piwu, ale nie tylko, bo przecież wszechświat nie składa się z samego li tylko piwka, że już o tym z czego składa się cała reszta pozwolę sobie nie wspomnieć.
wtorek, 8 stycznia 2013
sobota, 5 stycznia 2013
Taki koniec jaki świat i vice versa
Wszyscy czekaliśmy
niecierpliwie i z nadzieją na długo zapowiadany koniec świata.
Kiedy minął dwudziesty pierwszy grudnia a życie toczyło się jak
gdyby nigdy nic, poczuliśmy się zawiedzeni. Oszukano nas obiecując
fajerwerki, a dając szarą rzeczywistość. Cóż, w takiej sytuacji
należało zwrócić się ku wypróbowanym i niezawodnym metodom
radzenia sobie z odrzuceniem. Koniec świata nas nie chciał?
Świetnie! Piwo zawsze ma na nas ochotę!
Tak się złożyło,
że w lokalu oferowano piwko idealnie pasujące do okoliczności
czyli - uwaga, uwaga - „Koniec Świata”. Trunek ten tu i ówdzie
zyskał już swoje sympatie i oceny, mogliście o nim słyszeć. To
wytwór piwowarów z „PINTY”, oparty na słodzie jęczmiennym i
żytnim oraz recepturze ponoć wywodzącej się z dalekiej i mroźnej
Finlandii. Możemy więc nie tylko ulżyć mentalnym męką po
niedoszłym finale istnienia, ale i znaleźć odpowiedź na pytanie,
czy na północ od Bałtyku potrafi się ważyć piwo, czy jest to
raczej domena ludów na południe od tegoż morza?
Pierwszy łyk nie
wzbudził entuzjazmu. Poczułem wyraźny smak bananów, zbyt wyraźny.
Każdy z nas ma swoje smaki i smaczki, swoje kulinarne miłości i
antypatię. W moim przypadku na poczesnym miejscu w drugiej kategorii
znajdują się zakrzywione, żółte owoce z Afryki (ewentualnie
proste, żółte owoce z Ameryki Południowej, ale o te w Europie
ciężko). Nie byłem zachwycony. Zamawiałem w ciemno nie dopytawszy
się o smak wiedziony jedynie chwytliwą nazwą. Stało się jednak,
wylać się nie godziło, piłem więc dalej. Tu dobra wiadomość: w
miarę pociągania kolejnych łyków, bananowy smak znika.
Kwaskowatość trunku zaczyna się przebijać i kompletnie przesłania
nuty tego obrzydliwego owocu. Wciąż jednak nie jest idealnie.
Pozostajemy z piwem słodko-kwaśnym, niemal zupełnie pozbawionym
goryczy. Co gorsza, pozostajemy z piwem, które jest lekko słodkawe
i lekko kwaskowate, w rezultacie nie wywiera większego wrażenia
smakowego! Wlewa się do gardziołka tak lekko i bezkolizyjnie z
językiem, że zaczynamy się zastanawiać czy my tu przypadkiem nie
pijemy jakiejś barwionej wody. Odrobinę dramatyzuje, ale faktem
jest, że smak „Końca świata” pozbawiony jest jakiejkolwiek
intensywności. Jako że to nie mój bukiet smakowy, nie narzekałem
szczególnie, jednak ci, którzy cenią sobie słodko-kwaśne
kompozycję, mogą się poczuć wielce zawiedzeni. Generalnie Finowie
powinni pozostać przy sporządzaniu wódek, a lżejsze trunki
zostawić specjalistom z południa.
Szczęśliwie moje
degustowanie odbywało się w ZUPie, mogłem więc nieudany „Koniec
Świata” popić czymś gorzkim jak sam diabeł i zatrzeć wrażenie
nijakości. Koniec, końców, nie polecam nawet tym, którzy cenią
sobie słodkawe piwa. Może miałem tylko pecha? A może jak koniec
świata przeszedł nie przyszedłszy to piwo straciło swą moc? Kto
wie, kto wiem. Jedno jest pewne, wraz z oddalaniem się od grudnia
2012 ten produkt PINTy będzie znikał z półek i spod lad.
wtorek, 25 grudnia 2012
Nietota – czyli z archiwum polskiego jazzu
Wiemy
o tym doskonale, że nie każdy lokal z wyszynkiem
kręci się wokół piwa. Są miejsca, gdzie uwaga skupiona jest na
innym aspekcie życia, zwykle związanym ze sztuką. Może to być
taniec (zarówno w sensie klasycznym jak i egzotycznym, przy czym
druga opcja zdaje się być powszechniejsza); może to być
literatura i ludzie z nią związani, choć lokale tego typu są
rzadkością; może to być plastyka, czyli galeria z bufetem,
miejsce którego nie zdarzyło mi się odwiedzić; ostatnim wreszcie
rodzajem są te, w których głównym punktem nacisku jest muzyka. To
zdecydowanie najliczniejsza kategoria,
którą samą w sobie można podzielić na liczne podgrupy,
ściśle powiązane z preferowanym przez właściciela i klientów
stylem muzycznym. Aby wymienić tylko kilka: „ostoje rocka”,
„jaskinie hardcoru”, „kazamaty bluesa”, „stajnie poezji
śpiewanej” i, ulubione, „śmietniska punka”. Ponad nimi
wszystkimi stoją jednak „archiwa polskiego jazzu”...
Jednym z tego
typu przybytków jest, zlokalizowana w bezpośredniej bliskości
Rynku przy ulicy Kazimierza Wielkiego, Nietota. Zaraz po wejściu
orientujemy się, że scena pełni w niej istotniejszą rolę niż
bar. Jest pierwszym
elementem przyciągającym wzrok, a układ stołów tworzy mini
widownię dla spektakli dźwiękowych. Bar,
choć pokaźny, zlokalizowany jest nieco z boku. Co możemy przy nim
nabyć? Asortyment wykracza w pewnym stopniu poza standard okolic
Rynku, przypominając raczej knajpy kolejowego nasypu (kiedyś
opowiemy o tym szczególnym miejscu), czyli na kranikach ujrzymy
czeskie piwo średniego gatunku, a konkretnie - popularną Holbę.
Oferty lanej dopełnia coś ciemnego podobnego sortu. To nie
najgorzej, zdecydowanie lepsza opcja niż Warka czy Piast, z drugiej
strony jednak nic co powaliło by wytrawnego piwosza na kolana. Nie
spodziewaliśmy się jednak cudów, przecież to nie alkohol jest tu
centralnym elementem. Oferta butelkowa obejmuje kilka zacnych
propozycji, włączając nieśmiertelnego Ciechana. Jeżeli pragniemy
czegoś mocniejszego niż złoty trunek, możemy przebierać w sporej
wystawce typowych mocnych alkoholi, uzupełnionej przez zestawik
wódek lokalnych o dźwięcznej nazwie Kurnwica („n” na butelce
zastąpione jest przez prawie niewidoczną błyskawicę, co jak
przypuszczam, prowadzi do rozlicznych, zabawnych nieporozumień). Nie
próbowałem jeszcze jakości tych specjałów, ale nazwa i
fantazyjne góralskie czapeczki na zakrętkach zachęcają i
powzięty, choć nie sprecyzowany, jest już plan by ich posmakować.
Wszystko to jednak nie jest kluczowym.
O co tak naprawdę
chodzi? Tak naprawdę chodzi o jazz, o blues, o melodie grane na
żywo, o koncert każdego dnia. To jest najważniejsza
charakterystyka Nietoty. Tu nie przychodzi się po to, by się urżnąć
– co nie oznacza jeszcze, że się nie da, jak mawiają: dla
chcącego... – tu przychodzi się po to, by obcować z muzyką
jeszcze nie poważną, ale już poważnie traktowaną przez tych,
którzy ją wykonują i odbierają. Muzycy, których usłyszycie ze
sceny, będą na poziomie, to pewne. Może się zdarzyć, że na
widowni, przypadkowo, wpadniecie na samego Leszka Możdżera –
informacja, że tam bywa pochodzi z drugiej, ale wiarygodnej, ręki.
Tych z was, którzy znają i cenią sobie takie klimaty, nie trzeba
już, zapewne, przekonywać.
Co jednak z tymi,
którzy przed chwilą podrapali się po głowie i szepnęli do
siebie: „Że niby jaki Leszek?”. Co, dla przykładu, z takimi
starymi punkowcami jak ja? Dla was mam przede wszystkim ostrzeżenie:
jeżeli chcecie zagościć w Nietocie, czeka was okres intensywnej
nauki, będziecie bowiem mieli do czynienia z mikrospołecznością,
która kieruje się zupełnie innymi wartościami i kodeksem zachowań
niż te, do których jesteście przyzwyczajeni. Bez kompetentnego
przewodnika nie macie szans, zniechęcicie się szybko, nie będziecie
rozumieć co jest grane i dlaczego, kiedy klaskać, a kiedy gwizdać
– to ponoć nigdy, dziwne ale prawdziwe – ogólnie rzecz ujmując:
traficie na kompletnie nieodkryty ląd. Jeżeli jednak znajdziecie
sobie kogoś(najlepiej, by była/był to posiadaczka/posiadacz
ładnych oczu), kto wprowadzi was w miarę bezboleśnie w ów świat,
jest znacząca szansa, że się wam spodoba i będziecie zadowoleni.
Gwarancji jednak nie daje, bo przerzucić się z ryków Rottena na
pohukiwanie trąbki przy akompaniamencie fortepianu nie jest aż tak
łatwo... Niemniej spróbujcie – w życiu zawsze warto szukać
nowych doznań.
środa, 19 grudnia 2012
Brzozy, trotyl i pochodne
Sprawa
katastrofy smoleńskiej stała się tematem, którego w pewnych
kręgach nie wypada poruszać, a jeżeli już, to tylko po to by
pośmiać się chwilę z zainteresowania części mediów i
społeczeństwa, z pancerności brzóz, ze znikającego trotylu. Tak
się składa, że środowisko, o którym mowa, to młodzi
wykształceni ludzie, typowo żelazny elektorat PO. Tak się składa.
Czy
w samolocie był trotyl? Nie mam pojęcia - zapewne nie.
Czy
był zamach w jakiejkolwiek formie? Nie mam pojęcia. Zapewne nie.
Czy
rząd Rosji świadomie i z premedytacją działa na niekorzyść
śledztwa? Nie mam pewności, ale zapewne tak.
Czy
rząd Polski działa bez werwy, zaangażowania i generalnie
nieudolnie przy wyjaśnianiu sprawy katastrofy? Zdecydowanie tak. Co
jest szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że dyplomacja
była od lat najsilniejszą, i rzeczywiście silną, stroną tej
ekipy.
Zapewne
nie było zamachu. Dlaczego więc o sprawie pisać? Dlaczego rzucać
się na każdy okruch wyniuchanego trotylu? To proste: dlatego że w
dwa lata po katastrofie sprawa wciąż nie jest dogłębnie
wyjaśniona! To wydaje się niemożliwe. W dwudziestym pierwszym
wieku, w kraju zaliczanym do grupy rozwiniętych, nie można zaprząc
wystarczających środków technicznych by wyjaśnić katastrofę
samolotu w której zginęła głowa państwa, dowódcy sił zbrojnych
i liczna grupa innych wpływowych ludzi władzy. Discovery Channel w
ramach cyklu „Katastrofy w przestworzach” radzi sobie
zdecydowanie lepiej. Może przyjdzie nam poczekać, aż zajmą się
tą sprawą?
Problem
części z nas polega na tym, że nie mamy ochoty czekać, że
oczekujemy, że nasz rząd, wybrany demokratycznie przez naszych
rodaków, będzie w stanie kompetentnie zająć się wyjaśnieniem
tego zdażenia. Jeżeli nie potrafi tego zrobić, to musimy wciąż
pytać o katastrofę, nie po to nawet by poznać jej przyczyny, ale
po to by naświetlić niekompetencje rządzących. O to w tym
wszystkim koniec końców chodzi, to jest najważniejszy wniosek
płynący z katastrofy: rządzą nami nie idioci, nie złodzieje ale,
po prostu, ludzie nieudolni. Ludzie, którzy nie potrafili poradzić
sobie z chaosem medialnym rozpętanym przez władzę Rosji, chaosem
który początkowo skłaniał mnie do przypuszczeń, że zamach
jednak był - przecież jeśli Putin chciałby śmierci kogoś na
pokładzie samolotu nie zawahał by się ani sekundy. Dopiero po
czasie pewnym zrozumiałem, że chaos ten jest po części wynikiem
ogólnego bałaganu panującego w Federacji, a po części grą
propagandową ichnich władz, chcących pokazać, że w relacjach
Polsko-Ruskich to oni mają pozycję dominującą - stara imperialna
mentalność, przeniesiona bez zmian właściwie na grunt świata po
upadku imperium.
Stąd
pozycja Rosji nie jest już dla mnie zagadką, nie jest już
interesująca. Ot, robią swoje. To samo co robili 40 lat temu, to
samo co, o ile nie doczekają się prawdziwej zmiany na szczytach
władz, będą robić i za lat 40. Niewyjaśnione pozostaje
zachowanie polskiej dyplomacji. Wspomniałem już, że to
najsilniejsza, być może jedyna silna, formacja drużyny Tuska. O
ile kompetencji w gospodarce, szkolnictwie etc. nie spodziewa się po
rządzie nigdy, o tyle kompetentnego zachowania w relacjach
międzynarodowych jak najbardziej. Skąd więc ta wtopa? Jak to się
stało, że śledztwo w sprawie katastrofy tak łatwo trafiło w ręce
Rosjan? Tu zaraz ktoś zaśpiewa, że konwencja Chicagowska – ja w
odpowiedzi zaśpiewam: to dyplomacja a nie matematyka, konwencje
konwencjami, ale tam gdzie jest wola stron wszystko można dogadać i
ustalić na warunkach odpowiednich do konkretnej sytuacji. Ustalenia
z Chicago, w dość oczywisty sposób, dotyczą zwykłych samolotów
pasażerskich. W omawianym przypadku, sytuacja jest szczególna i
dość naiwnie jest myśleć, że ogólne przepisy powinny się do
niej stosować. Woli rosyjskiej nie było – raz jeszcze –
nie dlatego, że są winni, tylko dlatego, że jej władzę
charakteryzują się średniowieczną mentalnością siły i
dominacji, nie rozumiejąc takich słów jak współpraca i
porozumienie. Woli polskiej nie było także – a przecież często
do poradzenia sobie z chuliganem wystarczy wykazanie się odrobinką
charakteru, tego zabrakło i do dnia dzisiejszego kompletnie brakuje.
Nie
o brzozę tu chodzi. Brzoza jest mało istotna. Sama katastrofa, jej
przyczyny, z całym szacunkiem dla
rodzin ofiar, dla których to wydarzenie na zawsze pozostanie ważnym,
ludzie którzy w niej zginęli, także tracą na znaczeniu z każdym
upływającym dniem. Co nie traci na znaczeniu, co jest
niebezpieczne w pewnej mierze dla nas wszystkich, co musi zostać
wyjaśnione i co najważniejsze zmienione – to katastrofalne
zachowanie naszej dyplomacji. Tu czai się prawdziwa treść
katastrofy i prawdziwy powód dla którego codziennie i z uporem
maniaka należy powtarzać historię o brzozach i trotylu.
niedziela, 16 grudnia 2012
Altbier - czyli ponoć stare piwo
W tym tygodniu zdarzyło mi się spotkać z jednym z produktów browaru Jabłonowo, konkretnie z jego spin offem w postaci Manufaktury Piwnej. O ile z browarem jako takim miałem już do czynienia i wspomnienia mam nie najgorsze o tyle z tą konkretną "tradycyjną" wariacją nie miałem przyjemności spotkać się wcześniej. Krótka wizyta na stronie producenta (www.manufakturapiwna.pl) wyjawia nam, że jest to piwo górnej fermentacji, obecnymi dniami popularne w okolicach Dusseldorfu. Ponoć ważone jest tradycyjnie, choć w nowoczesnym browarze. Dobrze, to sprawy techniczne.
Tyle o technikaliach, teraz przejdźmy do tego co najważniejsze, czyli co wyszło z szumnych zapowiedzi i wielkich słów. Altbier pachnie piwem, nie mniej nie więcej, zapach słodu i chmielu. Przyjemna odmiana po pewnych trunkach w których dominujących nutą zapachową jest rozcieńczony spirytus. Pierwszy łyk na przepłukanie kubków smakowych. Dominuje doznanie goryczy, rzecz w życiu nie pożądana, ale w piwie konieczna. Drugi łyk i pozwalamy trunkowi rozlać się swobodniej. Możemy wyczuć że przed goryczą pojawia się wyraźna kwaśna nutka, która szybko zanika pod chmielowością. To jednak nie koniec. Piwo o tak ciemnym kolorze musi mieć w sobie choć odrobinkę słodyczy. Tak jest też w tym przypadku. Na krawędziach łyka, to znaczy wtedy gdy napój rozlewa się w ustach, tam czuć wyraźnie słodkość, słodkość bardzo daleką od ulepkowatości, zaprawioną goryczą i wspomnianą wcześniej kwaskowatością. Doznania smakowe są różnorodne i ciekawe.
Czy Altbier jest piwem wartym zachodu? Do pewnego stopnia tak, zwłaszcza, że cena jest umiarkowana - mówimy przecież o piwie polskim. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest to najlepsze piwo które piłem, nie jest to najlepsze piwo jakie mam zamiar w życiu wypić. Nie da się jednak ukryć, że jest rozsądną alternatywą dla korporacyjnych, wtedy gdy chcemy spędzić przyjemny wieczór z lekkim piwkiem, które będzie wpływać w gardło spokojnie i bez oporów, takim do którego nie żal zjeść chipsa, takim którym dobrze jest popić podsmażony kawałek mięsa - choć tu powinienem się wstrzymać, sezon grillowania dopiero przed nami. Wrócę przy tej okazji do Altbier by zdać wam właściwszą relację z tego jak komponuje się z dobrze wysmażonym stekiem. Póki co mówię: spróbujcie przy okazji najbliższego seansu z piwkiem, czipsami i dobrym filmem/meczem.
PS:
W moim konkretnym przypadku piwo to kosztowało kilka godzin noszenia drewna na siarczystym mrozie - mogę więc potwierdzić, że piwo dobrze zapracowane smakuje lepiej.
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Opowiadanko
Tym razem coś innego a mianowicie jak sam tytuł posta wskazuje, małe opowiadanie o nocnych przygodach w pewnym nadodrzańskim grodzie:
Zagubiłem się w mieście
Mam szczerą nadzieję, że link zadziała. Jeśli nie to mam równie szczerą nadzieję, że ktoś mi da znać.
Zagubiłem się w mieście
Mam szczerą nadzieję, że link zadziała. Jeśli nie to mam równie szczerą nadzieję, że ktoś mi da znać.
sobota, 8 grudnia 2012
Na dobry początek rzecz o piwach zwykłych.
Wyobraźmy sobie przez moment, że nie jesteśmy piwnymi półbogami, znającymi każdy mały browar polski i irlandzki, rozsmakowanymi w stoutach i niemieckich marcowych. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy szarym zjadaczem piwa, siedzącym na wytartej kanapie z Ikei przed plazmowym telewizorem z Biedronki (była promocja). Trwa mecz. Jesteśmy sami. W misce na tekturowym stoliczku czekają na nas chipsy o smaku paprykowym. Nie skusiliśmy się na popcorn. Przecież mecz nie jest po to, by się objadać. Mecz jest po to, by się z czystym sumieniem napić piwa. Co trzymamy w ręku? Co czujemy pod palcami? Spróbujmy sobie to wyobrazić... Powiesz, że pod palcami czujesz zimną, lekko śliskawą fakturę szkła... EEEEEE... błąd! Nie wszedłeś, piwny burżuju, w mentalność przeciętnego zjadacza piwa z wystarczającą intensywnością. Aluminium - to czujesz pod palcami, najzwyklejsza w świecie puszka, może z jakimś żłobieniem, jeśli wytwórca miał odrobinkę fantazji. W jednym masz rację: puszka jest zimna. Nawet najprzeciętniejszy ze zjadaczy piwa wie, że należy je przed konsumpcją schłodzić. Czasami schłodzi je zanadto - a wszyscy wiemy, że jest to możliwe - ale zwykle potrafi uzyskać całkiem optymalną temperaturę. Teraz gdy już ustaliliśmy, że mamy do czynienia z metalem, wejdźmy w Nasze wakacyjno-piknikowe buty, kiedy to nawet My sięgamy po zdecydowanie wygodniejsze „bateryjki“, odrzucając, jedynie chwilowo, smakowy luksus szkła
Mamy ogólne pojęcie, teraz musimy wniknąć w szczegóły. Mecz się zaczął. Zawleczka strzeliła, podważona z wprawą tak, że ni kropla piany nie wybuzowała. Zapach zimnego standardowego rozszedł się po mieszkaniu, pierwszy łyk zagryziono czipsem. Jaką markę czujemy? Jedną z tych popularnych - to niewątpliwie. Nasz przeciętny zjadacz piwa nie sięga po tak wyrafinowane specjały jak My - browarna arystokracja. Mamy więc w ręku być może zielonego Lecha, być może Tyskie, Żywca, Piasta? Do wyboru do koloru, a smaki bardzo zbliżone. Zakładamy tutaj, że nie mamy do czynienia ze zgubionym podniebieniem rozsmakowanym w Tatrach, Beckach i temu podobnych. Tak nasz bohater, w którego skórę sprawnie wniknęliśmy na moment (przeszedł was dreszcz lekkiego obrzydzenia?), będzie sączył korporacyjne piwo i zagryzał je paprykowymi chipsami obserwując z nutką ekscytacji wydarzenia na boisku. Z każdym kolejnym łykiem smak będzie mu obojętniał. Wraz z rosnącym wpływem alkoholu będzie coraz bardziej zrelaksowany i coraz mniej zainteresowany jakością trunku. Tak oto zwykły człowiek przeżywa najintymniej kontakt z piwem. Tak też czasami spotykam się z piwem i ja.
Dlaczego blog o piwie rozpocząłem od mikroopowieści o koncernowych produktach piwopodobnych? Powodów po temu miałem kilka:
Mamy ogólne pojęcie, teraz musimy wniknąć w szczegóły. Mecz się zaczął. Zawleczka strzeliła, podważona z wprawą tak, że ni kropla piany nie wybuzowała. Zapach zimnego standardowego rozszedł się po mieszkaniu, pierwszy łyk zagryziono czipsem. Jaką markę czujemy? Jedną z tych popularnych - to niewątpliwie. Nasz przeciętny zjadacz piwa nie sięga po tak wyrafinowane specjały jak My - browarna arystokracja. Mamy więc w ręku być może zielonego Lecha, być może Tyskie, Żywca, Piasta? Do wyboru do koloru, a smaki bardzo zbliżone. Zakładamy tutaj, że nie mamy do czynienia ze zgubionym podniebieniem rozsmakowanym w Tatrach, Beckach i temu podobnych. Tak nasz bohater, w którego skórę sprawnie wniknęliśmy na moment (przeszedł was dreszcz lekkiego obrzydzenia?), będzie sączył korporacyjne piwo i zagryzał je paprykowymi chipsami obserwując z nutką ekscytacji wydarzenia na boisku. Z każdym kolejnym łykiem smak będzie mu obojętniał. Wraz z rosnącym wpływem alkoholu będzie coraz bardziej zrelaksowany i coraz mniej zainteresowany jakością trunku. Tak oto zwykły człowiek przeżywa najintymniej kontakt z piwem. Tak też czasami spotykam się z piwem i ja.
Dlaczego blog o piwie rozpocząłem od mikroopowieści o koncernowych produktach piwopodobnych? Powodów po temu miałem kilka:
Po pierwsze, dlatego że blog ten nie traktuje li tylko o piwie ale też o wszechświecie i całej reszcie, a Kompania Piwowarska, jakkolwiek byśmy jej nie lubili, mieści się w tak szeroko zarysowanych kategoriach.
Po drugie, dlatego że wiele osób, w tym i ja sam, podchodzi do ludzi pijących produkty KP z zadziorną wyższością, a przecież wszyscy wyrośliśmy, chcąc nie chcąc, na tej właśnie glebie i wszyscy, od czasu do czasu, na nią wracamy.
Po trzecie, bo większość ludzi (a zakładam, że większość właśnie mnie czytać będzie) pozostaje przy koncernówkach. By wyedukować ich ku wyrafinowany smakom, muszę pokazać, że wiem skąd przychodzą.
Po czwarte, dlatego, że alkohol ten sam jest w tym dobrym i tym zwyczajnym, w związku z czym gdy przychodzi do narąbania się(a będzie to jeden z tematów bloga), jakość nie ma znaczenia.
Po piąte wreszcie, bo i tak bliżej nam(a przynajmniej mi) sercem do tego piwosza na kanapie niż do wielbicieli francuskich win, martini, tokajów i innych wynalazków, które nadają się być może do niejednego, ale na pewno nie nadają się do picia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)